Zimowe trocie

Zimowa troć 2015 Przygotowania Już od połowy grudnia siedziałem jak na szpilkach, nie mogąc się doczekać pierwszej wyprawy na zimową troć. Każdą wolną chwilę poświęcałem, na doglądanie sprzętu czy wspominaniu sezonu 2014. Po świętach nadszedł upragniony dzień. Wizyta w wędkarskim. Nie muszę nikomu mówić jak się czuje wędkarz w sklepie wędkarskim, najlepiej chyba pasuje porównanie do dziecka w sklepie z zabawkami. Wahadła, wirówki, woblerki wszystkie piękne, wszystkie czekają na nowego właściciela. Nie sposób było się oprzeć. Wiedziałem mniej więcej czego szukać, bo w pierwszej kolejności uzupełniłem miejsca po zerwanych blaszkach z poprzedniego sezonu. Karlinki miedziane i srebrne, ciężkie srebrne obrotówki, to standardowe Parsęckie przynęty. Oprócz nich wyposażyłem się w kilka wobków. Różnych, od niewielkiego fioletu, poprzez fajne Gębale, aż po największe z mojej kolekcji strażaki kenarta. Kolejną rzeczą była żyłka, nie powtórzę błędu z poprzedniego sezonu kiedy to wybrałem się nad wodę z żyłeczką 0.28. Nikt mnie nigdy nie namówi, żeby trocie łowić na takie żyłki. Finezja finezją, ale zaczepy zaczepami. Można chodzić cały sezon za trocią i nie ma się gwarancji brania, za to gwarantowane są zaczepy. Z uporem maniaka, ciągle próbowałem łowić z tą żyłką, zostawiając na zaczepach niemałą sumkę. Także w nadchodzącym sezonie potrzebowałem mocniejszej żyłki. Wybór padł na niedrogą żyłkę marki York o średnicy 0.35 mm, jak się później okazało całkiem fajną. Oczywiście w zakupach nie mogło zabraknąć takich rzeczy jak kółeczka łącznikowe, agrafki z krętlikami czy paru nowych kotwiczek. Nie można niczego pomijać, bo miarą sukcesu jest wytrzymałość najsłabszego ogniwa. Po przybyciu do domu sama radość, chyba każdy z nas lubi ten moment kiedy ma chwilę wolnego i może spokojnie zająć się sprzętem. Zwłaszcza wtedy kiedy nie ma jak się wybrać nad wodę. Siedzi! Poranek pierwszego stycznia. Jeszcze ciemno, podjeżdżam po kolegę Romana. Bez zbędnego przeciągania pakuję sprzęt do bagażnika i jedziemy. W drodze wymieniamy wrażenia z nocy sylwestrowej, ale temat bardzo szybko schodzi na troć. Miejscówkę miałem wybraną już wcześniej, wysoki stan wody tworzy spore rozlewiska i w znacznym stopniu utrudnia podejście do łowiska. Po dojechaniu na miejsce, szybko uzbroiliśmy sprzęt i rozpoczęliśmy łowy. Rzut za rzutem, godziny mijały a my nic, mijający nas wędkarze powiedzieli, że na cztery osoby łowiące, trafił się jeden kelcik. Ryba na pewno jest w rzece, to wiedziałem, trzeba tylko skusić ją do ataku. Po paru godzinach, zajęliśmy miejsce, które chwilę wcześniej zwolniła inna grupa wędkarzy. Razem z Romanem przyjęliśmy taktykę 'dłubacza', co oznacza, że zamiast robić piesze wędrówki wzdłóż brzegu, postanowiliśmy długo obrzucać miejscówkę, zmieniając co jakiś czas rodzaj, wagę i kolor przynęty. To nasze dłubanie w końcu przyniosło efekty. Trochę zamyślony, rzuciłem pod drugi brzeg swojego gębalę, inaczej niż wcześniej wypuściłem dodatkowe 10 metrów żyłki puszczając go z nurtem. Żyłka powoli zaczęła się naprężać, a wobek zniknął z powierzchni wody. Powoli wachlarzem schodził do brzegu. W pewnym momencie poczułem lekkie przytrzymanie, zaciąłem i to nie był zaczep. Poczułem dwa silne szarpnięcia i to wybudziło mnie ze swoistego letargu, ciśnienie i adrenalina momentalnie skoczyły do góry. SIEDZI! Krzyknąłem. Roman pospiesznie zwinął swój zestaw i poleciał po kamerę. Ryba znajdowała się dość daleko od mojego stanowiska, pomimo nurtu nie czułem żeby to była jakaś większa sztuka. Dopiero kiedy znajdowała się w podbieraku dotarło do mnie, że nie jest wcale taka mała. Szybkie odhaczenie, pomiar długości i zdjęcia, a potem do wody. Rybka miała 70 cm i jak się później okazało była to najdłuższa rybka w formule C&R rozpoczęcia sezonu w okręgu koszalińskim. Jeszcze chwilę ręce mi latały, ale oficjalnie sezon 2015 można było już uznać za otwarty. http://www.wedkuje.pl/foto_galeria/troc2.jpg Jakąś godzinę później, Roman krzyknął, że coś ma. On także poradził sobie z holem, po dość krótkim holu jego samiczka 57 cm leżała na brzegu, on także łowił na wobka gębalę, w podobnym ubarwieniu co mój. http://www.wedkuje.pl/foto_galeria/roman-troc.jpg Tego dnia nie złowiliśmy więcej ryb, ale miałem okazję podebrać ładnego samca 65cm, którego złowiła pani Zosia z Dygowa. Na relację w formie wideo zapraszam na link poniżej. http://www.youtube.com/watch?v=_SY5wrG0mbg 'Troć jest jak kobieta, możesz się o nią starać, ale jak ma zły dzień to nic nie zrobisz' To właśnie hasło towarzyszyło nam przez kolejne wyprawy. Różne przynęty, różne metody, różna miejscówki i różne warunki pogodowe, a ryb nie było. Waleczna troć Sytuacja się zmieniła w dniu kiedy pojechaliśmy na most we wrzosowie. Pogoda był bardzo fajna, warunki wprost wymarzone do łowienia. Ruszyliśmy w dół rzeki, postanowiliśmy zacząć nasze łowy dopiero za skarpą, omijając wcześniejsze miejscówki. Wędkarzy tego dnia było sporo nad wodą, ale tylko jednemu się poszczęściło. Mała bo mała 48 cm, ale zawsze coś. Słońce na przemian wychodziło i chowało się za chmury. W końcu także my zaczęliśmy łowić. Oboje łowiliśmy na swoje wypróbowane wobki, z biegiem czasu postanowiłem jednak popróbować na różnego rodzaju blaszki. Tak mijały godziny, a wraz z nimi przebyte kilometry. Tego dnia postanowiliśmy, że będziemy aktywnie szukać miejsc bytowania ryby, zamiast dłubać. Ta metoda, daje dużo frajdy, ale cały dzień chodzenia daje się we znaki. Zwłaszcza, jeżeli jest to kolejny taki dzień. Okolo godziny 13:00 postanowiliśmy, że zaczniemy kierować się w stronę auta, obrzucając te miejscówki, które mijaliśmy wcześniej, ale oddając tam więcej rzutów. Zasadziłem się przy powalonym drzewie. Mając na uwodzę sporą ilość zaczepów, postanowiłem zaryzykować. Obrzucałem warkocz tworzący się za konarem, metr po metrze. Nic. Postanowiłem spróbować poprowadzić przynętę szybciej i bliżej konaru, nie sprowadzając jej wachlarzem z nurtem tylko ściągając praktycznie po linii prostej. To był strzał w dziesiątkę. Ściągając przynętę około 4 m od miejsca rzutu, poczułem silne uderzenie. Nie było to przytrzymanie jak przy poprzedniej troci, tylko faktycznie mocne uderzenie. Pomimo niewielkiej odległości od brzegu, rybka walczyła zawzięcie, chwilę później podbiegł Roman i uruchomił kamerę. Rybka odjeżdżała przy każdej próbie podebrania. W końcu jednak znalazła się w podbieraku. Już przed pomiarem widziałem, że jest mniejsza od poprzedniej, ale to co wyprawiała na kiju to była poezja. 53 cm i piękne ubarwienie, waleczna troć szybko wróciła do wody. http://www.wedkuje.pl/foto_galeria/1894_awatar.jpg Rzucaliśmy jeszcze trochę, ale jak to zazwyczaj bywa, bez rezultatu. Wideo relacja z tego dnia znajduje się w linku poniżej. http://www.youtube.com/watch?v=_SY5wrG0mbg Im później tym mniej Jeździliśmy jeszcze na trociowe łowy, ale bez rezultatu. Co nie znaczy, że nie było fajnie. Wręcz przeciwnie! Czas spędzony na rybach nigdy nie jest stracony. Z resztą jak mówi stare powiedzenie 'Machaj wędą, ryby będą'. Tego trzeba się trzymać. Było też wiele śmiesznych sytuacji, a swoistą kompilację znajdziecie w poniższym linku. http://www.youtube.com/watch?v=uZmpjhoZYeQ Zapraszam do śledzenia kanału i moich wpisów. Jutro postaram się dodać wpis dotyczący pierwszego wypadu na okonie. O dziwo nie na lód.